High hopes

Zbyt dużo czasu spędziłam z uroczo zafiksowanymi audiofilami, abym mogła zachwycić się koncertem bez dobrego nagłośnienia. Zbyt wiele przesłuchałam płyt, aby docenić rzekomo oryginalny wokal. Zbyt wielu inspirujących ludzi z przeszłości sprawiło, że rozmowy dzisiaj nie bawią mnie już tak mocno. Zbyt wiele nieprzespanych nocy, aby kolejna robiła wrażenie. Zbyt wiele popełnionych błędów, aby dziś nie przyjmować rad od mądrzejszych z należytą pokorą. Zbyt wiele bezmyślnie złapanych chorób, by ubierać się bez należytej dbałości o ciepło.

Zbyt wiele kłamstw, by wierzyć dziś na słowo. Zbyt duża świadomość przemijalności, by wierzyć w pojęcie sukcesu jako dzieła skończonego. Zbyt dużo wszystkiego by naiwnie wierzyć, że jest się czymś innym niż wszyscy, czymś wartym czegokolwiek, którego myśli mają jakąkolwiek wartość. Zbyt duża świadomość wielkości innych, by nie wyśmiewać  domniemanej wielkości własnej. Zbyt dużo banału, trywialności i pretensjonalności wokół, aby krzewić to jeszcze na własnym blogu.

Wystarczająca ilość dni przepełnionych smutkiem, by wiedzieć, że uczucie to po prostu mija. Tak jak i radość, która jest regularnie płynna. Wystarczająca ilość powrotów do pustego domu, by wiedzieć jaką potęgą jest pełna i szczęśliwa rodzina. Wystarczająca ilość wstydliwych wzruszeń, by wiedzieć, że nie należy się pokazywać w kinie na dramatach. Wystarczająca ilość wiedzy, aby dziś żałować przeszłości.

Zbyt wiele “wybacz, ale nie chce mi się” by wiedzieć, że egoizm ludzki jest równie częsty jak ludzka śmierć. Zbyt wiele bylejakich znajomości, by wierzyć, że kolejna przetrwa próbę. Przesyt informacji, mnogość kolorów, nadmiar emocji, eksplozja wrażeń, lata doświadczeń. Tak wiele alternatyw i odczuć, podczas gdy czuje się apatię, niechęć i znużenie.

Zbyt wiele (choć tak niewiele) interesujących mężczyzn w życiu, którym większość napotykanych nie dorasta do pięt. Zbyt wiele Wystarczająca ilość wyuzdania, aby opowieści o rozpuście nie kończyły się wypiekami na twarzy.  Zobojętnienie, przyzwyczajenie i wygoda wokół sprawiająca, że coś takiego jak miłość traktuje się jak perłę. I nigdy nie wiadomo, kiedy to już TO, kiedy się zaczęło, kiedy skończyło i w ogóle, czy TO, to jest TO.
Tak wiele łatwego seksu, że woli się go nie mieć wcale i do końca swoich dni pozostawać w celibacie. A jednak wciąż niezachwianie…

krępować się, gdy pyta o numer telefonu,
zaciągać się zapachem kawy,
odurzać nim i jego skórą,
po kryjomu czytać wiersze,
chodzić spać o wschodzie słońca,
zamykać oczy i uśmiechać do siebie na odgłos nadjeżdżającego pociągu,
odtwarzać w myślach twarz podczas szczytowania,
czytać i zachwycać się słowem,
zarażać jego pasją,
zaszczepiać własną do świata wokół,

zgadywać z zakrytymi oczami,
odkrywać, obnażać się, ekscytować, podniecać, burzyć, rozkoszować, wąchać, gryźć, ssać, lizać, kąsać, szczypać, szarpać, ciągnąć, połykać, klepać, figlować, świntuszyć, celebrować, rżnąć, zasypiać, budzić się, żyć.

Wciąż zbyt mało, by nie chcieć więcej.

Nie no, ludzie, jestem do zżygania banalna.
Wartałoby znaleźć se jakie oryginalne zajęcie, o hobby rzecz jasna mówię, bo hobby w dzisiejszych czasach mieć nie wypada. Zbierałabym na przykład muszle na Śląsku albo specjalizowała się w czesaniu warkoczy z włosów łonowych. Niemniej myślę sobie (a zdarza się to nie często, czyn warty odnotowania), że jednak dużo jeszcze przede mną. Gówno tam wiem, gówno widziałam, a jednak dla niektórych JUŻ jestem “za dobra”. Niechcący usłyszałam to ostatnio zamykając za sobą drzwi, po rozmowie kwalifikacyjnej. I zatrwożyłam się strasznie, bo nigdy wcześniej tak radosnej, pięknej i smutnej zarazem rzeczy o sobie samej nie słyszałam*. Poczułam się zatem jak dziadek z reklamy cukierków; zupełnie jak ktoś wyjątkowy.

Co nie zmienia faktu, że pracy nie dostałam, z powodu bycia “za dobrą”. Myślę, że powinnam se to wpisać w CV i pytana o zalety, bez cienia krępacji mówić głośno “za dobra jestem!”. We wszystkim i w niczym, cokolwiek autor powyższego miał na myśli. Nie mógł mi za to chociaż zapłacić?! No helou.

* tu akurat ściemniam, ale ściema ta lepiej oddaje dramaturgię.


Statystyki

Polska blogosfera jest śmieszna. Nie mówi się o tym, czy dany blog jest dobry tylko o tym ile ma odsłon, ile wynosi przeciętny czas pobytu na nim i ile kosztuje reklama. Z życiem jest trochę podobnie.

Uwielbiamy liczby, obsesyjnie dbamy o wykresy, plany i tabele, gonią nas rachunki i podatki, które możemy opłacić wyłącznie dzięki liczbom znajdującym się na naszych kontach. Sami też jesteśmy liczbami: datą narodzin, imienin, zawodem w klasyfikacji numerowej, nawet tak zwane wolne zawody mają swój numer w szeregu. Ludzi nie rozpatruje się z gatunku dobrych i złych: dobrzy są ci, którzy generują wysokie słupki, źli ci, których słupki znajdują się na dole.

Maj, matury. Po zdaniu mojej kilka lat temu, notorycznie pytano mnie o wyniki, które przestały być ważne zaledwie parę miesięcy potem, gdy starałam się o pierwszą pracę. Ci, którym udało się uzyskać wysokie noty czuli się lepsi: to oni pierwsi zapytywali o ilość procentów. Życie jednak szybko zweryfikowało, że nie da się wszystkiego określić suchą liczbą.

Kiedy nie pisałam, mój osobisty kalkulator pracował w pocie czoła. 10 filmów, 4 imprezy, 3 książki, 1 miesiączka, kilo smutku, kilo radości, 2 kilo mniej, 2 koncerty, 176 przepracowanych godzin, jakieś 13 godzin spędzonych w tramwaju, 170 godzin snu. Ostatnio sama łapię się na uleganiu magii liczb. Im więcej przebiegnę, im krótszy czas, im mniej kalorii, im więcej pieniędzy…

Mam 23 lata
Ocalałam spełzając na życiu

Kurwa, właśnie obliczyłam, że więcej pracuję niż śpię.


Ani kosmetyków, ani książki

Poszłam dziś do Empiku. Kwadrans zastanawiałam się, czy kupić książkę za 45 zł, czy może zostawić pieniądze na inne cele, np. kosmetyki. Opcja druga wygrała. 10 minut później wychodziłam z Reala z pełną reklamówką żywności pierwszej potrzeby (sery pleśniowe, pieczywo Wasa 3 zboża, kawa, sok brzozowy, piwo Guinness, cukierki Michałki itp). Za równowartość zakupów kupiłabym sobie ze 3 książki.

Boli mnie, że nieustannie muszę wybierać pomiędzy inwestycją w piękno wewnętrzne, a zewnętrzne. Wciąż wygrywa to drugie. Wychodzę z założenia, że nie chce się poznawać człowieka, jeśli w żaden sposób nie zainteresuje nas wizualnie. I nie o wydekoltowane sukienki mi się rozchodzi. Niemniej to, co najbardziej mnie irytuje, to fakt, że książki są tak bardzo drogie, że posiadanie wszystkich przez siebie pożądanych, zdaje się być luksusem.

Dylemat ten, z którym się od dłuższego czasu zmagam, sprawia, że coraz częściej wybieram opcję trzecią, czyli, że w rozrachunku ostatecznym nie będę ani atrakcyjniejsza, ani mądrzejsza, tylko mi dupa urośnie od tego całego jedzenia.

A później w prasie bulwarowej napiszą “prostytuowała się, bo nie miała na książki”. Rzec by się chciało: element literacki, kulturalny taki przerywnik przy bułce z dżemem z rana.

PS Nie jestem prostytutką i raczej być nie zamierzam, ale jak to mówią “nigdy nie mów nigdy”. Czysto teoretyczne zarzekanie się brzmi trochę tak jakbyśmy z uporem maniaka powtarzali, że nigdy nie umrzemy.